Menu

Eksperyment, żeby po prostu popłynąć z nurtem.

Ameryka Południowa przyciąga mnie jak magnes. Tym razem przyjechałam zamieszkać w Rio bez większych ustaleń za to z głową pełną pomysłów i marzeń. Z wiarą, że to co się nam przydarza ma się zdarzyć i jest dobre. Tak po prostu. Naprawdę. Brzmi patetycznie?

Wielkanoc

samodziejnosc

Nawet nie zauważyłam, że nadeszła. Kraj niby statystycznie katolicki ale  w praktyce istnieje wiele kościołów, sekt, wierzeń i wymysłów. Łatwo się pogubić.

- Nie daje prezentów (dziecku) na urodziny, bo religia mu zabrania.

- ???? A jakiego jest wyznania?

- Jest agnostykiem.

- ????!!! To przecież nie religia.

- On twierdzi, że jego RELIGIA- agnostycyzm zabrania mu dawać prezenty.

Najważniejsze wyznania w Brazylii to najwyraźniej konsumpcjonizm i ortodoksyjny materializm a najważniejszą tradycją wielkanocną- kupowanie czekoladowych jaj. Jaja z mlecznej czekolady- z niespodzianką- są wielkości strusich i  występują pod fantazyjnymi, wielkanocnymi nazwami: Barbie, Batman czy Superman. Tradycji można uczynić zadość w każdym supermarkecie- wystarczy dać przy kasie na tacę- w promocji- jedyne 29,99 RS=zł (170g). Żyjemy w XXI wieku, więc można zapłacić kartą. Trochę lepsze jakościowo jaja kupujemy w sklepach z czekoladą już za 49,90RS/200g w wielkanocnej promocji (przed promocją były za 79,90). Przypomnę, że minimalna pensja w Brazylii to 880 RS. Tu ortodoksja sięgnęła daleko: moja ulubiona gorzka czekolada w tabliczkach 85% kakao zniknęła z asortymentu (będzie na nowo po świętach), bo jej miejsce zajęły wielkanocne strusie jaja z mlecznej czekolady. Ale z religią się nie dyskutuje. Przychodzi Wielkanoc, czas kupowania czeoladowych jaj! Jaja dajemy rodzinie i chowamy przed dziećmi, żeby mogły sobie jaj poszukać i potem wylkuć miniaturowego batmana, zjadając przy tym skorupkę. Jak już tej tradycji stanie się zadość, idziemy na plażę, bo Wielki Piątek jest dniem wolnym od pracy. Wiele osób przestrzega tradycji niejedzenia mięsa w Wielki Piątek (kurczaki się nie liczą). Niektórzy pieką też dorsza (importowany z Portugalii, suszony i solony), jak na Boże Narodzenie, ale to już o wiele mniej popularny zwyczaj.

Mszy rezurekcyjnej nie ma ale niedzielne msze wielkanocne są oczywiście w kościołach odprawiane, choć te nigdy (przynajmniej w Rio) nie gromadzą tłumów. W niedzielę można powtórzyć tradycję pójścia na plażę, bo upały już wkrótce się skończą. Bez jaj...

IMG_20160327_151649153

Upał

samodziejnosc

Razem z Wielkanocą nadeszła jesień i zaczęły się upały. W parku, pod drzewem, na plaży pod palmą- w cieniu jest nawet przyjemnie. 34 stopnie są jak najbardziej do zniesienia. Jest wilgotno, więc oprócz tego, że skóra się nawilża a zarszczki wygładzają, odczucie termiczne jest intensywniejsze, niż w suchym klimacie. Tak się ostatnio nawet zastanawiałam, jak mierzy się temperaturę odczuwalną. W radiu nadają taki komunikat:

- Termometry wskażą dziś 35 stopni ale temperatura odczuwalna sięgnie 48.

Kto wie, ile odczuwam ja a ile mój otyły sąsiad? Czy losuje się 100 osób i pyta w południe na plaży, jaką temperaturę odczuwają a potem wyciąga średnią? Podejrzewam, że nie ale temat zaprzątnął moje myśli i poprawił nastrój. Nie, że tak kocham 48 stopni. Zdecydowanie wolę 30.

Nocą temperatura trochę tylko się obniżyła. Chyba ściany budynku są nagrzane, bo jak tak siedzę w pokoju i piszę, pod kolanem spływa mi strużka potu. A pocę się razem poniżej przeciętnej. Przyjmuję za to ponadprzeciętne ilości płynów i tak sobie wyobrażam, że może mieszkanie w Rio jest tak drogie, bo sauna jest w cenie? Sauna raczej parowa niż sucha. Jakie ilości toksyn usuwam co dzień z organizmu! Czyż to nie wspaniałe?

Nic dziwnego, że prysznic bierze się tu nierzadko 3x dziennie. A jak się jeszcze przy okazji szczotką wyszoruję- mam spa codziennie. Ludzie są tu bardzo czyści, wykąpani, pachnący, w świeżych ubraniach. W metrze, w autobusie... totalny komfort olfatyczny. Nawet bezdomni regularnie kąpią się i robią pranie w miejskich fontannach- nielicznie niestety z jakiegoś powodu działających.

Nadeszła jesień ale mieszkańcy Rio już czekają na zimę.

- Jak ja kocham zimę! – Uwielbiam, jak jest zimno! – powtarzają.

Mają na myśli 18 stopni. W sumie da się przetrwać. Na wystawach pojawiły się kurtki, swetry, botki, kozaki, skarpety. Sezon jesień/ zima 2016 czas zacząć! Huhu ha... huhu ha...

IMG_20151227_113445397

 

Panta rhei

samodziejnosc

Nie mogłam przyjechać bo padało... Wydarzenie nie odbędzie się z powodu deszczu... Dzisiejsze zajęcia odwołane z powodu deszczu...

Teraz rozumiem. Gwałtowny letni, tropikalny deszcz wywołuje powódź. Zalane są ulice, chodniki, woda sięga po kostki a najczęściej po kolana. Transport stoi w rzece, w którą zmienia się ulica. Nie da się dojść, nie da się dojechać.

Panta rhei...

IMG_20160316_153649102

Kiedy tylko przestaje padać, woda znika z ulicy tak szybko, jak się pojawiła. Po kilku godzinach nie widać nawet śladu po powodzi.

Rzeczywiście, nie widziałam tutaj suteren. A żeby zejść do metra, trzeba najpierw wejść po schodkach na podest. To pewnie dlatego.

 

Czekając na deszcz

samodziejnosc

Poniedziałek.

- Widziałaś to zaproszenie, które wysłałam Ci na facebooku?

- Tak, widziałam - na Praça Mauá w przyszłym tygodniu.

- Jak to w przyszłym tygodniu? Miało być w ten weekend.

- Jest napisane:  „przełożone z powodu deszczu”.

Zeszła środa.

- Jedziemy na tę wycieczkę w weekend?

- Nieee... w prognozie na weekend jest, że będzie padać.

- Tak samo jak „pada teraz”.-  prognoza pogody  pokazuje chmurę i deszcz

- Czuję deszcz w powietrzu.

- A ja nie wierzę w te prognozy. Chmury pojawiają się na niebie od tygodnia a potem się rozpływają i nic.

Nie jedziemy. Nie pada. Dopiero w niedziel ę wieczorem spada parę kropel. Kilka osób rozłożyło parasolki.

Piątek.

Teraz najwyraźniej będzie przednówek końca świata. A co najmniej powódź. Sprawa jest na tyle poważna, że z powodu zapowiadanego deszczu odwołano spore wydarzenie artystyczne w centrum miasta. Rzeczywiście z rana chmury się zbierają ale wychodzę bez parasola, bo w torebce mieści mi się albo butelka wody albo parasolka. Wybieram wodę. Wiadomo, pada. W zasadzie tylko trochę bardziej niż kropi ale chłodno się zrobiło, więc skracam plany i wcześniej wracam do domu. Przestaje padać. Zakładam koszulę i wychodzę do sklepu. Już nie jest chłodno. Jest gorąco! Zdejmuję koszulę i chowam do torby na zakupy. Pogoda zmienną jest. Dzisiaj wieczorem zapowiada się fajna impreza- zadaszenie jako takie jest, powinna się odbyć, choćby deszcz padał.

Nadchodzi jesień. Marcowe deszcze (mamy koniec lata) są jej zapowiedzią. Nie bez kozery piosenka Toma Jobima „Aguas de março”. Letnie deszcze tym różnią się od zimowych, że w przeciwieństwie do tych drugich, które mogą siąpić dniami, są urwniem chmury. Najpierw robi się ciemno (wtedy trzeba szybko szukać schronienia), potem zrywa się gwałtowny wiatr i chwilę później na ziemię spada potop. Cała woda, która mogłaby lecieć z nieba przez 3 dni, wylewa się z chmur w ciągu 15 minut. I znika prawie tak szybko, jak się pojawiła.

Ostatniego potopu doświadczyłam, oglądając mieszkanie do wynajęcia (przyciśnięta ostatnio, nota bene, taką potrzebą). Siedzimy sobie, rozmawiamy, kiedy w porywie wiatru spada z IV piętra na chodnik lusterko. Na szczęście nikt akurat nie stał pod oknem. Rosnące obok drzewo, bije gałęziami o okno, robi się przeciąg. Zaczyna padać. Z grubsza po 20 minutach wyglądamy przez okno.

- Wszystko jest zalane!

Rzeczywiście. Ulica zamieniła się w rzekę, ruch ustał a zaparkowane samochody stoją po podwozie w wodzie. Nie wyjdziemy tak na ulicę, bo właśnie wymywa cały brud a zapchane studzienki nie przyjmują więcej wody. Aż stach pomyśleć, co w tym wszystkim pływa... Podobno przez kolejne 2 dni po takim deszczu nie powinno się kąpać w morzu- z tego samego powodu. Zostajemy pewnie jeszcze z pół godziny i wychodzimy. Ulica co prawda jest mokra ale śladu nie ma po taaakiej powodzi.

Jeszcze tam na Copacabanie, pada, zalewa ale specjalnie nikomu krzywda się nie dzieje. Gorzej jest w leżących na wzgórzach favelach. Kiedy zanosi się na ulewny deszcz, głos przez megafon oznajmia stan alarmowy i osoby mieszkające w domach o słabej konstrukcji albo na ryzykownym gruncie, na pewien czas przenoszą się do bezpiecznie położonego „schroniska” i dopiero po deszczu wracają do domów.

Dzisiaj podobno zalało Sao Paulo ale weekendowy potop w Rio dopiero przed nami... Po głowie chodzi mi piosenka...

https://www.youtube.com/watch?v=E1tOV7y94DY

Boże Narodzenie w Rio

samodziejnosc

Jak wygląda typowy Brazyliczyk? Hmmm.... Trudno powiedzieć. Zależy, czy wysiądzie się z samolotu w Salwadorze, Kurytbie (tam mamy polski konsulat) czy w Rio? Jednak to Rio jako była stolica i najbardziej chyba różnorodne pod każdym względem miasto w Brazylii najlepiej odmalowuje portret „typowego Brazylijczyka”.

Brazylia jest krajem emigrantów. Tylko niewielki odsetek populacji to rdzenni Indianie. Pozostali to potomkowie emigrantów.  Mniej lub bardziej ale dobrowolni, byli to: portugalscy konkwistadorzy, XIX-wieczni emigranci zarobkowi z Europy Środkowej, Niemiec, uciekinierzy przed/ po II Wojnie Światowej- chociażby polscy Żydzi. I w końcu a może przede wszystkim byli też „emigranci” przymusowi – niewolnicy siłą przywiezieni do Ameryki z Afryki. Do pierwszej stolicy Brazylii- Salvadoru- trafiali głównie afrykańscy niewolnicy- Brazylia żyła wówczas głównie z uprawy trzciny cukrowej. Trochę przed ale głównie już po zniesieniu niewolnictwa (abolicja w 1888r), kiedy trzeba było nowej siły roboczej, rząd motywował do zasiedlenia południa kraju, gdzie było dużo wolnych terenów pod uprawy. Tam właśnie trafiali w XIX i XX wieku doświadczeni w rolnictwie emigranci z Europy. W Rio, ówczesnej stolicy spotkali się wszyscy. W ciągu ponad 500-letniej historii Brazylii, geny z całego świata mieszaly się ze sobą, tworząc współczesne brazylijskie społeczeństwo.

„Typowy Brazylijczyk” ma więc w sobie mieszankę wielu narodowości. Może mieć skórę jasną lub ciemną, oczy w każdym możliwym kolorze, włosy blond lub czarne, proste albo kręcone. To chyba jeden z najbardziej różnorodnych pod względem fizycznej charakterystyki mieszkańców kraj na świecie.

Tak samo w Brazylii wygląda Boże Narodzenie. Nie da się scharakteryzować, bo każdy w zależności od tradycji (wspólnej brazylijskiej nie ma) obchodzi inaczej ale wszyscy tak samo kupują. A wydawałoby się, że w chrześcijańskim (w statystykach przynajmniej) kraju... W koloniach polskiej czy niemieckiej jest zapewne bardziej świątecznie ale w Rio- zdecydowanie konsumpcyjnie!

IMG_20151026_184653926

Rozmawiam z różnymi osobami, wypytuję...

- Jak to, kolęd nie macie? Żadnych specjalnych piosenek na Boże Narodzenie?

- Jingle bells i inne takie importowane ze Stanów...

Codziennie słucham radia i rzeczywiście nic takiego nie grają. Na ulicy ani w sklepach też nie. Dziwne, w ogóle nie ma nastroju. W hotelach, niektórych restauracjach czy sklepach stoją choinki/ choineczki ozdobione bombkami, sztucznym śniegiem, na Lagunie ponownie stanęła wielka choinka zniszczona w zeszłym miesiącu przez silny wiatr... Sklepy robią promocje, ludzie jak zahipnotyzowani biegają za prezentami i ciastem... włoskim panettone.

- I co jeszcze tradycyjnie jecie (oprócz włoskiego panettone)?

- Indyka (to ze Stanów), pieczoną szynkę wieprzową i inne mięsa...

- To nie ma... postu? - zastanawiam się nad słowem po portugalsku, tłumaczę na czym polega i spotykam się z niezrozumieniem- Wielki Post? Nie, taki „zwyczajny”, jakie to słowo? W końcu mi się przypomina. Post- w Brazylii? Wolne żarty!

- Nie ma.  Lubimy mięso... Jemy też orzechy, bakalie, owoce kandyzowane...

- A spotykacie się w Wigilię w jakimś większym gronie?

- Niespecjalnie. Jem kolację u mamy/ teściowej. No i prezenty!

-A 25?

- Jemy na lunch co zostanie z kolacji i to koniec Świąt.

Może to i lepiej, przynajmniej nie będzie mi smutno.

A ja tymczasem Boże Narodzenie częściowo uczciłam już dzisiaj- wizytą w teatrze. „Mesjasz”- oratorium Haendla w formie baletu. Było pięknie, odświętnie i hipnotyzująco. Na tyle magicznie, że chyba jeszcze w przyszłym tygodniu powtórzę...

WESOŁYCH ŚWIĄT!

Depilacja po brazylijsku

samodziejnosc

Owłosienie jest w Brazylii tematem tyle żywym, co kontrowersyjnym. Jednak włosami na głowie zajmę się przy innej okazji.

Kultura carioca (Rio) jest kulturą tropików, plaży, odsłaniania ciała i w związku z tym również kultu ciała. Standardy urody są tu odmienne od „północnych”. Ale o tym też jeszcze napiszę. Nieubrane ciało nieustannie wystawiane jest na widok publiczny i ideałem jest, żeby ciało to było bezwłose. Ewentualnie, ostatecznie jeśli już nie chcemy, nie możemy depilować, włosy mogą być ale... blond...

Nie raz już widziałam na plaży dziewczyny, wystawiające na słońce ciała wysmarowane białą mazią. W swojej niewiedzy brałam to za grubą warstwę balsamu do opalania. Aż pewnego dnia zostałam oświecona. To nie żaden balsam, tylko gęsta, kremowa woda utleniona (w aptece można kupic 20-30- procentową), którą się smarują, żeby w ten dość drastyczny sposób utlenić włosy na ciele. Słońce przyspiesza tylko reakcję. To stąd niektóre ciemnoskóre dziewczyny noszą na sobie białe „futerko”...

Temat usuwania niechcianego owłosienia popularny jest wśród obu płci, podobnie jak manicure i pedicure, wystarczy spojrzeć na cennik w salonie depilacji, który wyszczególnia ceny najpopularniejszej depilacji woskiem poszczególnych części ciała zarówno dla pań jak i panów... Panowie depilują głównie plecy i klatkę piersiową. Są też uszy, których nie ma na liście dla pań. Pozycji na liście dla pań, która bardziej mnie zaskakuje jest ponad 20. Oprócz brzmiącej znajomo depilacji nóg, rąk i poszczególnych ich części, pach, brody, wąsika, pachwin, mamy też: brzuch, piersi, między piersiami, plecy, pupę, pachwiny, pachwiny „pogłębione”, pachwiny „kompletne”, okolice odbytu, „pasmo między odbytem a pośladkami” i kilkanaście innych pozycji. Dobre do nauki części ciała po portugalsku. Nad depilacją nóg nie ma chyba co się rozwodzić ale już technika depilacji pachwin wydaje się być godna szerszego opisu.

depil

Jako fanka serialu „Seks w Wielkim mieście” pamiętam odcinek, kiedy Carrie postanowiła spróbować słynnej „brazylijskiej depilacji” i po takim doświadczeniu stwierdziła, że już nigdy więcej. Zupełnie się z Carrie pod tym względem nie zgadzam. Ważne tylko, żeby wybrać najlepiej z polecenia czysty salon z doświadczonym personelem, bo temat jest bardzo delikatny.

Pierwsza wizyta może być trochę stresująca, bo wyobrażamy sobie piekielne męczarnie: bezlitosne rwanie włosów z najwrażliwszych okolic, przypalanie gorącym woskiem i inne tego typu tortury... Tymczasem w Brazylii wygląda to następująco:

W recepcji podajemy słynny numer CPF (miejscowy NIP), wymieniamy co chcemy wydepikować, pani notuje i czekamy... W tym czasie zastanawiam się ...jeśli wszystkie zakupy i usługi, gdzie podajemy CPF trafiają do rządowej bazy danych, ciekawe muszą mieć statystyki... i wypytuję recepcjonistkę o różnice pomiędzy 3 sposobami depilacji pachwin. Są następujące: tylko po bokach, po całości z paseczkiem pośrodku i po całości (jak u dziecka).

W tym momencie drzwi otwierają się i zamaskowana pani zaprasza do gabinetu. Każe rozebrać się od pasa w dół i położyć na plecach. Zabieg niewątpliwie kojarzy się z wizytą u ginekologa tylko zamiast fotela mamy leżankę. Zerka na kartkę i upewnia się, że robimy co robimy. Włącza wentylator na ścianie i zakłada rękawiczki. Napięcie rośnie.

- To mój pierwszy raz- przyznaję się nieśmiało, siadając na leżance.

Renaty, bo tak pani ma na imię, to nie rusza. Kontynuuje mieszanie patykiem w ciepłym wosku.

- Połóż się na plecach, zegnij nogę w kolanie i przechyl na bok.

Posłusznie wykonuję polecenia. Robi się zupełnie jak u ginekologa. Renata rozsmarowuje ciepły wosk gdzie trzeba, ten szybko zastyga (już wiem po co wentylator) i zrywa sprawnym ruchem.

- Auuuć! – już wiem, po co wentylator. Robi mi się trochę gorąco, biorę głębszy oddech- w sumie nie było aż tak źle- kometuję- pewnie brunetki mają gorzej...

- yhmmm...- ochoczo odpowiada Renata - Teraz wyprostuj nogę, zegnij drugą i odchyl na bok.

Jest trochę lepiej, bo już wiem, co mnie czeka. Naprawdę myślałam, że będzie gorzej, a to już.

- Czy wosk jest pszczeli? – zagajam.

- Tak, naturalny w 100%.

Strasznie dużo musi się go zużywać- myślę sobie i zadaję kolejne dziwne pytanie:

- A jakoś się go recylkinguje?

- Nie, wyrzucamy do śmietnika. Teraz przekręć się na brzuch- kończymy pogaduszki.

Robię co trzeba i czekam.

- Rozchyl pośladki i przytrzymaj- instruuje.

Szast prast i po sprawie. Skóra jest tylko lekko zaczerwieniona. Zaczerwienienie schodzi już po kilku godzinach i jest spokój na niemal 3 tygodnie. Żadnych podrażnień, krostek, zapalenia mieszków włosowych. Wszystko trwało może 10 minut i kosztowało niecałe 50 zł. A tyle radości! Można wtopić się w tłum na plaży. Turystki odróżnimy po zdecydowanie bardziej zabudowanych bikini! ;)

 

Smutek Tropików

samodziejnosc

Smutek Tropików dopadł mnie, kiedy postanowiłam założyć przywiezione z Polski sandałki.

Z brązowych zmieniły kolor na zielone i zaraziły zielenią kolejną, stojącą obok parę (na szczęście tylko obcasy). Zielone buty trafiły niestety do śmietnika a ja zaczęłam się rozglądać po pokoju w  poszukiwaniu grzybów. Było to o wiele łatwiejsze niż w polskich lasach po późnoletnich deszczach.

Na kolejnych dwóch parach butów dopadło obcasy, nawet gumowe havaianasy pokryły się szarozielonym nalotem... Żółty ręcznik zszarzał, plecak zakwitł a na czarnej bluzce pojawiła się dziwna szarozielona plama... Kolory niczego sobie, aksamitna tekstura również. InspirujIMG_20151215_1659530561ące...

Tak się rzeczy mają, kiedy w tropikach pada przez 2 tygodnie niemal bez przerwy a nadzieja na słońce prawie się nie pojawia... Ciepło i wilgoć sprzyjają zdobywaniu przez niektóre gatunki nowych terytoriów. Wystarczyło, że wyjechałam z Rio na dwa tygodnie, żeby rozpoczęły zmasowany atak.

W Rio nawet kiedy pada deszcz nie robi się zimno. Zimno jest tylko wtedy, kiedy za bardzo się zmoknie a najbardziej, kiedy takim przemoczonym wsiada się do metra albo klimatyzowanego autobusu (nigdy nie wiadomo, jaki akurat nadjedzie). Ale robi się szaro, nie widać Chrystusa na Corcovado ani Głowy Cukru. A bez nich Rio już nie to samo. Czekamy więc aż przestanie padać. Ja czekam tez na słońce ale jestem wyjątkiem, bo kiedy wyjdzie będzie naprawdę gorąco i wszyscy będą narzekać na upał. Zupełnie jak w Polsce! ;)

IMG_20151126_100612776

Rozpoczęłam nierówną walkę z obcym. Pralka, proszek, szczotka, mydło, olejek z drzewka herbacianego, olejek goździkowy, wentylator... Niech już wyjdzie słońce! Wyszło. I zrobiło się gorąco. 0Kiedy tylko mogę, wystawiam buty na słońce a wentylator chodzi nieprzerwanie.

Potop?

samodziejnosc

Od tak dawna nie byłam na plaży! Po deszczowej nocy, poranne niebo zachęcało błękitem. Po ponad 9 godzinach snu ochoczo wstałam, chwilę powyginałam zastałe ciało, zjadłam śniadanie i postanowiłam wyruszyć na prozdrowotne naświetlanie. Specjalnie się nawet nie zdziwiłam, że niedawno jeszcze niebieskie niebo nagle zrobiło się białe. Temperatura nadal zachęcała do plażowania. Położyłam się pod zachmurzonym niebem nawet zadowolona, że za bardzo się nie spiekę ale i spragniona słonecznego ciepełka... Kiedy nadeszła pora powrotu, niebo niemal zupełnie rozchmurzyło się a słońce zaczęło przypiekać. Jeszcze 5 minutek i czas się zbierać. Po południu ma być fajny koncert na Copacabanie. Idziemy a jeszcze przydałoby się zjeść obiad...

Kiedy już gotowa byłam do wyjścia, błękit gdzieś zniknął a jego miejsce zajęła szarość w kilku eleganckich odcieniach... W ramach proaktywnego podejścia do życia, zamiast się zniechęcać, postanowiłam realizować plan rozrywkowy. A co tam deszcz! Popada i przestanie! Wypakowałam z torby okulary przeciwsłoneczne, spakowałam parasolkę, wsiadłam na rower i ruszyłam przed siebie.

W mojej nowej dzielnicy jest dużo drzew, które przesłaniają niebo, więc dopiero, kiedy dojechałam do plaży okazało się, że eleganckie jasne szarości przechodzą w szarości w odcieniu stali. Deszcz murowany. A co tam, mam parasolkę, popada i przestanie a przynajmniej zobaczę, co się dzieje. Strategicznie zajęłam miejsce pod gęsto ulistnionym migdałowcem z dobrym widokiem na scenę.

Zaczęło kropić. Ludzie stopniowo zaczęli uciekać z plaży, szukając schronienia pod drzewami a kto się załapał, pod daszkami stacji benzynowej. Krople stawały się coraz większe, tempo pustoszenia plaży proporcjonalne. Deszcz się wzmagał i nagle jak grzyby pojawili się sprzedawcy peleryn. Ja tymczasem zadowolona rozłożyłam parasolkę.

- Peleryna za piątaka! Peleryna za piątaka!

Popyt był spory a peleryny dziurawe. Obok mnie pod drzewem stał inny rowerzysta, z którym zjednoczyliśmy się w biedzie. On w dziurawej od nowości pelerynie, ja z parasolką, którą zasłaniałam się od wiatru. Zamiast przestać padać, deszcz wzmagał się coraz bardziej. Kto nie miał parasola, w ciągu minuty przemókł do suchej nitki. Po chwili okazało się, że już stoję w kałuży. Ruch uliczny niemal ustał, widoczność wyraźnie zmalała, jezdniami popłynęły rzeki... Lało i lało i po chwili już nie dawało odróżnić się morza od nieba. Zaczęło kapać mi na plecy i po chwili zdałam sobie sprawę, że to spływa woda z moich włosów... Parasolka zaczęła przeciekać! Sąsiad rowerzysta kupił sobie parasol (oczywiście od wyrosłych nagle spod ziemi sprzedawców parasoli), bo najwyraźniej lepszy przeciekający parasol niż dziurawa peleryna i rozpostarł go nad moim. Trochę pomogło. Staliśmy więc tak pod drzewem i obserwowaliśmy scenę. Nagle sąsiad zaczął podskakiwać. Okazało się, ze to zdesperowany karaluch uciekając przed potopem zaczął mu się wspinać po nodze! Dobrze, że nie po mojej- odetchnęłam z ulgą. Lało teraz i grzmiało ale o dziwo nie wystraszyło to artystów. Wręcz przeciwnie: wokalistka w akcie solidarności z dość przerzedzoną już widownią też zmokła i teraz tusz zaczął jej spływać z powiększonych na telebimie oczu...

Dobra to była decyzja, że wyszłam z domu, bo ciekawie było oglądać dramatyczną scenę potopu, do której niektórzy podeszli z tak dużym luzem, że w deszczu tańczyli do muzyki albo kąpali w lodowatym dziś morzu. Ale co tam, skoro i tak ledwie dawało się odróżnić niebo od wody...

Wkrótce, jak tylko deszcz nieco zelżał, podjęłam decyzję o powrocie. Pod przemakającą parasolką ruszyłam rowerem w stronę domu. Jak Chińczyk potrafi, to i ja! Dobrze, że zbyt nigdzie gwałtownie nie musiałam hamować, pomna deszczowych doświadczeń skuterowych z Tajlandii...

Samokrytyka literacka

samodziejnosc

W ramach nienudzenia się, przeczytałam od deski do deski sobotnią gazetę „O Globo” sprzed trzech tygodni, którą przez ten czas woziłam w walizce. I dokonałam fascynującego odkrycia. Pod koniec wydania, redakcja publikuje listę błędów gramatycznych, ortograficznych etc., które pojawiły się i zostały namierzone w poprzednim numerze! Wyjaśnia się, dlaczego błąd jest błędem i jak powinna wyglądać poprawna wersja. Wspaniałe! Nie tylko zdolność do samokrytyki ale jakie do tego walory edukacyjne dla społeczeństwa! Przynajmniej dla tej jego części, które tak dokładnie czytuje gazety i w ogóle czytuje gazety. Kiedy podzieliłam się odkryciem ze znajomym, dowiedziałam się, że inne gazety też tak robią i nawet wyszła książka, którą czym prędzej muszę namierzyć po powrocie do Rio!

Jak się nie nudzę

samodziejnosc

Już czwarty dzień siedzę w hostelu w Puerto Iguazu (w Argentynie) i czekam na rozwiązanie- procedury wizowej. Jak już będę miała paszport z powrotem, napiszę jak się po kolei sprawy miały.

Deszcz pada codziennie, zresztą co było do zobaczenia już zobaczyłam i ze sporą przyjemnością oddaję się odpisywaniu na maile, tłumaczeniom tekstów i bezcelowym spacerom po okolicy.

Spacery po okolicy zazwyczaj zajmują wiecej czasu, niż w założeniu, bo w Puerto Iguazu prawie nie ma równoległych ulic. Liczne są za to skrzyżowania promieniste. Moje ulubione ma 7(!) odgałęzień. Nie ma tu kątów prostych a znaleźć mniej charakterystyczne mniejsce, w które obiecaiśmy, że wrócimy jest sporym wyzwaniem. Przypomnę, że nie jestem w Paryżu ale w 65 tysięcznym miasteczku nad rzekami Parana i Iguazu.

Co chwila więc nie wiem, gdzie jestem. Wczoraj na przykład, bawiąc się w podchody i namierzając drewniane tabliczki z napisem „Orquidiario del Indio Solitario” szczęśliwie dotarłam do orchidarium. Właściciel właśnie zamknął mi drzwi przed nosem, bo musiał odwieźć córkę do szkoły. Wstąpiłam więc do „kwiaciarni” po sąsiedzku, porozmawiałam z sympatyczną panią i nabyłam karmnik dla kolibrów (okaże się w Rio czy jakieś są w okolicy). Kiedy wyszłam, zaczęło lać. Stanęłam na chwilę pod drzewem, kiedy nagle zjawił się pan od orchidarium, który zaoferował, że mnie podrzuci w okolice hostelu, bo właśnie jechał w tamtym kierunku. Przyjęłam propozycję, wysiadłam podobno 3 przecznice ode mnie i ruszyłam w zalecanym kierunku. Okolica wyglądała kompletnie nieznajomo ale ambicja nie pozwoliła mi nikogo zapytać o drogę. Kiedy po przejściu trzech przecznic okolica nie wydała się ani troche bardziej znajoma, postanowiłam jednak spytać. Ale kogo? Leje deszcz i w okolicy żywej duszy. Najwyraźniej widząc moją konsternację, jakiś kierowca zatrzymał się i spytał dokąd zmierzam.

- Konsuat Brazylii- podałam najbliższy charakterystyczny punkt (strategicznie się zakwaterowałam).

- To w tym kierunku- wskazał w zupełnie przeze mnie nieoczekiwaną stronę.

- Gracias!

Niespiesznie ruszyłam przed siebie, kiedy po chwili ten sam kierowca zjawił się obok oferując, że mnie podwiezie. Tym razem z propozycji nie skorzystałam ani z kolejnej (po chwili pojawił się inny kierowca z podobną propozycją). Ale i tak zrobiło na mnie wielkie wrażenie, jak miłe moga być małe miasteczka!

 

IMG_20151123_124755485

 

Supermarket

samodziejnosc

Stoję w kolejce do kasy już pół godziny a jest zwyczajny czwartek- nic szczególnego. Żadnego święta dziwnego ani tym bardziej szeroko znanego. Mój błąd, że poszłam po zakupy o 17 i biję się w pierś ale wcześniej nie miałam czasu a od wczorajszej przeprowadzki nie mam w domu nic do jedzenia (poza bananami i masłem orzechowym- pyszne swoją drogą). Wczoraj zrezygnowałam ze stania ale dziś postanowiłam zawalczyć bo nie mam innej opcji (poza bananami z masłem orzechowym). Muszę rozejrzeć się za innym sklepem. Wczoraj odwiedziłam 3 i w każdym kolejnym było tylko gorzej.

Stoję tak i stoję, mam gęsią skórkę i już boli mnie gardło. Im bliżej jestem kasy, tym jest zimniej. Chyba, żeby klient płacił za zakupy mniej sfrustrowany- Brazylijczycy kochają klimatyzację.
Teraz to już naprawdę mrozi!

Przy każdej kasie jest zainstalowany  koszyczek na towary, których jednak- zdecydowaliśmy w ostatniej chwili- kupić nie chcemy. A czasu do namysłu w kolejce do kasy jest co niemiara (co za słowo!). Może dlatego jest tu zimniej, niż przy warzywach, żeby impulsywnie wybrane lody się nie rozpuściły?
Najlepsze jest to, że "fila rapida" (szybka kolejka) dla osób, które mają w koszyku do 10 sztuk ma ze 100 metrów długości i 2 kasy...

Stoje więc dalej i stoję. Wystarczajaco dlugo, zeby napisać posta na bloga. Prawie wszystkie supermarkety w Rio sa zatloczone ale niektóre chyba ścigają się z konkurencją w dyscyplinie jak najdluzszego zatrzymania klienta w sklepie.

supermarket1

W zależności od dzielnicy, przy kasach zdarzają się pakowacze towaru ale najczęściej robi to już kasjerka. Jeśli nie zrobi, klient (a najczęściej klientka) pakuje baaardzo powoli a że zakupów ma zwykle caly kosz, proces trwa całą wieczność. Przed sklepem juz czekają wózkowi (albo są to pracownicy sklepu, ktorzy pomagaja dostarczyc zakupy do domu klienta. Kobiety mogą być tu bardzo niezależne ;-)

Zakupy na telefon z dostawą do domu sa w Rio całkiem popularne. Moja ex-współlokatorka zamawia karmę dla kotów ze sklepu na rogu (a... nie ma kto dostarczyc, bo jest mecz?); zlitowałam sie nad kotami i zaproponowalam, ze pójdę (z kotką dzieliłam się przy śniadaniu papają ale kot nie był zainteresowany)... Można też zamówić lekarstwa z pobliskiej apteki. Zakupy przez internet o dziwo są tu mało znane a i asortyment towarów bardzo ograniczony. Zwłaszcza w porównaniu z Polską, nie mówiąc już o Stanach... Dziwne, w kraju o 200 mln populacji i piatej gospodarce swiata.

Skończyl mi się krem pod oczy. Nie ma nigdzie. W supermarkecie- zadnych kremów, ani w aptece. Za to gigantyczny wybór produktów do pielęgnacji włosów. W końcu zdobyłam w slynnej drogerii ale się nie nadaje, bo przeładowany chemią i perfumami i oczy mnie szczypia. Smaruję amazońskimi olejkami i na szczęście w odróżnieniu od ciężkiego masła shea np. nie drażnią. Nie rozumiem, dlaczego taka jest sytuacja. Klimat inny, większa wilgotność powietrza... Ale bez przesady! Kobieta z próżności samej krem by sobie pod oczy kupiła.

W końcu dotarłam do kasy. Przesympatyczna kasjerka widząc moje podwiędłe (ale i tak najmniej zwiędłe z dostępnych) warzywa zgaiła:

- Mieszkasz w okolicy?

- Tak.

- To nie kupuj tu. W środy rano jest targ na placu (tuż obok mojego domu) a w soboty rano targ ekologiczny. Jest taniej i wszystko świeże.

- Cudownie! (akurat był czwartek) Zjem do soboty! Dziękuję!

Rozejrzałam się po innych koszykach i rzeczywiście- prawie nikt nie kupował świeżych produktów!

Tak sobie jeszcze chwilę pogawędziłyśmy. Nikt z kolejki za mną nie zareagował. Kilka osób tylko się do mnie uśmiechnęło.

Za to kocham Brazylię!

 

Autobusowe przygody c.d.

samodziejnosc

Temat autobusów w Rio wydaje się niewyczerpany. Kolejny wątek pojawił się, kiedy kończąc przeprowadzkę (taaak!) wiozłam jeszcze kilka rzeczy do nowego mieszkania. A że podróż trochę mi się dłużyła, postanowiłam wykorzystać ten czas na napisanie posta. Najwyraźniej podróże aurobusami darzę szczególnym sentymentem, bo mogłabym tak na nowo i bez końca:

Zasadą jest, że wsiada się przednimi drzwiami a wysiada tylnymi.

Czasem, kiedy wsiada matka z dzieckiem na rękach albo z dzieckiem na nogach (dzieci nie płacą za przejazd) albo osoba z wiekszym bagażem, kierowca wpuszcza pasażerów tylnymi drzwiami.

Z przednimi istnieje taki problem, że jest tam "kołowrotek", rejestrujący liczbę wsiadających pasażerów, przez który trudno przedostać się już z większą torbą. Wsiadamy więc tylnymi, zostawiamy opcjonalnie bagaż z tyłu (i tak będziemy tamtędy wysiadać) i przeciskamy się do przodu autobusu, żeby zapłacić za przejazd po czym wracamy do swojego bagażu.

Akurat jechałam autobusem z tyłu i byłam świadkiem zabawnej sytuacji. Jako, że nigdy nie wiadomo (jeśli akurat regularnie nie podróżuje się daną trasą) w którym miejscu będzie przystanek (nie ma żadnej rozpiski a sprawę komplikuje istnienie BRS1,2,3- ale o tym już było) niektórzy wciskają przycisk na żądanie (każdy przystanek jest tu na żądanie) na wszelki wypadek.

Ktoś wcisnął przycisk (albo pociągnął za sznurek). Aubtobus zatrzymał się na przystanku i otworzył tylne drzwi.

- Ktoś wysiada?- krzyknął przez cały autobus kierowca.

- Już wysiadł! - odkrzyknął tłum.

Sytuacja się powtórzyła.

- Ktoś wysiada?

...cisza

I znowu:

- Na pewno tym razem ktoś wysiada?

- Hahahah...

W Rio wcale nie jest oczywiste, że autobus zatrzymuje się na przystanku. Czasami na przykład jedzie rozpędzony innym pasem i mimo, że machaliśmy ręką sygnalizując chęć przejazdu, ten nie wyrabia się z hamowaniem i po prostu jedzie dalej. Niepowtarzalne odczucie- zwłaszcza, jak czekaliśmy na autobus pół godziny...

Wiosna w październiku

samodziejnosc

W Rio wszystko (poza porami roku) jest na miejscu: wspaniałe miasto, sztuka, kultura, imprezy na ulicy, plaża, ocean, las...  I cudowne jest to, że ze wszystkich tych atrakcji można korzystać przez okrągły rok! A że ptaki i koty ostatnio się ożywiły, niewątpliwy to znak, że nadeszła wiosna. Postanowiłam skorzystać z atrakcji.

W czwartek, ranek obudził się w miarę słoneczny. Na dobry początek dnia postanowiłam wybrać się na chwilę na plażę, żeby przywrócić blask blaknącej już opaleniźnie. Trochę się porozciągałam, zjadłam śniadanie, przebrałam w bikini, posmarowałam olejkiem, wyjrzałam przez okno...

- Hmmm... coś się zachmurzyło- zanotowałam z pewnym zmartwieniem i zaczęłam bez sensu kręcić się po domu rozgrywając wewnetrzny monolog czy iść czy też jednak nie iść. Jako, że chmurzyło się coraz bardziej, postanowiłam jednak pospieszyć się z wyjściem, bo przecież chmurzyło się coraz bardziej a ja już wtarłam olejek. Popędziłam na, jak się okazało, pustawą plażę.  Wyjęłam z torby pareo, zbadałam z której strony wieje, co nie było trudne, bo z każdą minutą wiatr był coraz silniejszy. Rozpostarłam pareo na wietrze, bo czym po kilku nieudanych próbach rozłożenia go na piasku, przygniotłam własnym ciałem. Rozłozyłam się na wznak... i poczułam na twarzy... krople deszczu.

- Przyjnajmniej się nie spalę- pomyślałam - Miło nawet jak tak krople deszczu chłodzą skórę... - bo zimno wcale się nie zrobiło. Kiedy zaś słońce pali na bezchmurnym niebie myślę sobie:

- Przynajmniej się nie spalę (bo nie da się długo wysiedzieć, jak tak pali). W sumie obie wersje działają.

Deszcz czasami przestawał padać, nawet na momencik wyszło słońce a potem znowu zaczynał. Nawet nie wiedziałam, że z takich małych chmurek da się coś wycisnąć. Po jakiejś godzinie postanowiłam wrócić do domu, bo zostawiłam parę rzeczy do zrobienia. Od razu jakby się rozchmurzyło i nieśmiało wyszło słońce. Przynajmniej się nie spaliłam.

Po sobotniej bardzo kulturanej ale i tańczonej imprezie Art Core (w Muzeum Sztuki Nowoczesnej), postanowiłam wybrać się do miejskiego lasu Tijuca (największego miejskiego lasu na świecie), wyciszyć ciało i umysł. Wstałam, już nawet bez rozciągania, bo wcześnie nie było i zeszłam na śniadanie. W międzyczasie wyjrzałam przez okno na raczej zachmurzone niebo... Znowu ogarnęły mnie wątpliwości jechać czy nie jechać. Jeszcze sprawdziłam  prognozę pogody: niby tak ale jednak nie, co niewiele mi pomogło. Idę!- zdecydowałam.

Spakowałam plecaczek, po drodze kupiłam pão de queijo, guajawy, banany i wodę. Kiedy wyszłam ze sklepu, zaczęło kropić. Poszłam na przystanek. Padało już intensywniej.

Zebrało mi się na śmiech. Kwiecień plecień- pomyślałam w połowie października. Przy okazji zebrało mi się na refleksję, czy zodiak działa tak samo na południowej półkuli? Ja, Lew na przykład, dziecko Słońca i pełni lata w Rio urodziłabym się w środku zimy. Czy wobec tego, skoro lato zaczyna się tu w grudniu to czy tutaj sierpień będzie lutym a ja jestem Wodnikiem?

Zrezygnowałam z wycieczki do lasu i wróciłam do domu, traktując sytuację jako znak, że może jednak powinnam trochę dziś popracować. Oczywiście po chwili przestało już padać chociaż cały dzień nad Rio wisiały ciężkie chmury. I muszę przyznać, że  przynajmniej dobiegł końca w poczuciu spełnionego obowiązku.

Czas iść trochę potańczyć.

Lubię być w dżungli

samodziejnosc

Ktoś prosi: napisz czasem tekst żeby chciało się pojechać do Rio. Tak wiesz co jest w tym kraju co urzeka przyciąga zakochujesz się w nim. (...) powiem szczerze że przeraża mnie ten kraj z tego co piszesz mimo że ciekawe bardzo. Aż się o Ciebie martwię czasem i zastanawiam po co ci to.

Nikt mi nie obiecywał, że będzie łatwo i rzeczywiście nie jest. Ja już od dawna bardzo bym chciała, żeby było ale przyzwyczaiłam się, że jest jak jest. Moja konkluzja jest taka, że pragnę dwóch (w tym momencie) wykluczających się rzeczy: zieleni, spokoju, ciszy przerywanej jedynie śpiewem ptaków i innymi odgłosami natury, słońca, wody, cienia drzew...

Ktoś inny, jeszcze przed moim wyjazdem z Polski mówi: chcesz spokoju a właśnie pakujesz się w kolejną przygodę i kolejną walkę.

Od wielu lat tułam się po świecie i to był mój wybór. Wybór jest nieodwracalny, bo jak już zacznie się cygański tryb życia i poczuje wiatr wolności w żaglach, trudno pozwolić z powrotem zamknąć się w klatce „powinnaś”, „wszyscy”, „inni”, „normalni ludzie”, „najwyższy czas”. Komu urosną skrzydła, dlaczego miałby na nowo zapragnąć chodzić po ziemi? Wolność to ryzyko i większa odpowiedzialność, czasem świadome pozbawienie się komfortu- za wolność właśnie. Czy lew jest szczęśliwszy w klatce ale najedzony czy na wolności ale raz najedzony (jak coś upoluje) a czasem głodny (bo przedłuza się pora sucha)?

Póki co wybrałam życie w wielkim mieście, bo boję się być sama. A życie w wielkim mieście jeśli nie wyklucza, to zdecydowanie utrudnia zaspokojenie potrzeby zieleni, spokoju, ciszy przerywanej jedynie śpiewem ptaków... A z kolei małe miasto, to większe zamknięcie- na „obcego” zwłaszcza. Z wielkich miast Rio podoba mi się najbardziej. Jest tu radość, poczucie wolności, góry, ocean, słońce, ciepło, las... Jest też wiele rzeczy, które mogłyby działać lepiej i czynić życie łatwiejszym, cech ludzkich których nigdy nie zaakceptuję ale chyba nie można mieć wszystkiego. Ameryka Łacińska jest moją ulubioną częścią świata i szczerze mówiąc nie przyszło mi do głowy, że moje opisy ruchu ulicznego czy odmiennego od polskiego sposobu bycia mogą wzbudzać przerażenie, czy troskę. Gdybym jednak nie chciała z tym żyć, pewnie wybrałabym Szwajcarię. W Ameryce Łacińskiej jest siła, młoda energia, która jako stałą przyjmuje zmienność, różnorodność, witalność, radość (najczęściej wewnętrzną, często bez wyraźnej zewnętrznej przyczyny), poczucie wolności, brak „w tym wieku powinno/ nie powinno się”, a w Rio dodatkowo brak „kobiecie wypada/ nie wypada"... Nigdzie indziej tak nie jest.

Ale wszędzie czlowiek, to tylko człowiek. Jako jednostka jest bardziej podobny do drugiego człowieka na przeciwnym końcu świata, niż się pozornie wydaje. Dopiero społeczeństwo, w którym żyje, kultura kreują różnicę. Raz spotykam ludzi zamkniętych, pełnych uprzedzeń, stereotypów, którym z założenia nie podoba się, że chociażby jestem „gringa” a taka postawa zamyka i utwardza... A czasem spotykam, jak dziś w sklepie w faveli 12-letniego chłopca- Neto, który odważył się być inny niż wszyscy, ciekawy mojej inności i mimo nieśmiałości, odważył się nawiązać ze mną bezpośredni kontakt i chciał poznać a nie tylko krzyknąć „gringa” (można wstawić dowolnie: Arab, Żyd) zza krzaka. Tylko moja reakcja była za słaba ale mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy. Bo tylko tacy ludzie mogą zmieniać świat!

Z pewnością jestem uzależniona od nowych bodźców, od nauki, poznawania inności, co niekoniecznie oznacza ciągłe podróże w przestrzeni. Choć gdyby się dało, pewnie podróżowałabym i w czasie. Każde odkycie, poznawanie siebie chociażby to podróż. Wszystko kwestia otwartości i chęci spojrzenia „z zewątrz” samego siebie.

Dlatego właśnie tu jestem i piszę o odmienności, która dla mnie jest pociągająca, bo wymagająca pozania. Nie przeraża mnie, tylko czasami męczy właśnie dlatego, że poznanie wymaga czasu, cierpliwości i akceptacji (choć nie bezkrytycznej). I jak dopada mnie kryzys i chęć do dalszego lotu, sama przekonuję siebie, że to przejściowe, rozwijające, wzmacniające. Nie znam jutra ale najpierw chciałabym w miarę dobrze przeżyć dzisiaj. I to wszystko, mimo wszystko sprawia, że chcę tu być.

Hierarchia na drodze

samodziejnosc

- Teraz! – przebiegamy z koleżanką przez jezdnię. Nagle zza zakrętu wyłania się rozpędzony samochód. Szczęśliwie udaje nam się wskoczyć na chodnik.

Jako piesi jesteśmy w Brazylii mało istotnymi robaczkami, które są wdzięczne, że znowu szczęśliwie uszły z życiem przed przechodzącym obok potworem. Podobne obrazki widziałam jeszcze w Tajlandii, kiedy pewna kobieta przechodząc przez jezdnię na pasach zmusiła do zatrzymania się nadjeżdżający samochód. Składając ręce w geście modlitwy (powitanie/ wdzięczność/ pożegnanie w niektórych azjatyckich- buddyjskich krajach) ukłoniła się kierowcy zaraz po wejściu na chodnik.

Najpotworniejszym z potworów jest autobus. W środku jest nawet fajnie. Jak w wesołym miasteczku- każdemu chyba dziecku podobałoby się ogladać świat z perspektywy śliniącego się Tyranosaurusa Rexa, który mknie przed siebie z wyszczerzonymi zębiskami a wszelkie mniejsze stworzenia już na sam jego widok z przerażenniem tryskają w krzaki.  Najlepsze przeżycia autobusowe są w środku nocy, kiedy autobusy nareszcie mogą się rozpędzić i pościgać ze sobą na wzajem. Pędzą co koń wyskoczy, bo rzadko kiedy coś staje im na drodze. Na zakrętach można spaść z fotela. Najepsze są żółte siedzenia dla niepełnosprawnych (ciężarnych, kobiet z dzieckiem, osób 65+ i... otyłych)- czasem przybierają formę wygodnej kanapy. W nocy można się wysiedzieć (i wytrząść na nierównościach) do woli, bo rzadko kiedy uprzywilejowane w ten sposób grupy ludności podróżują „po godzinach”.

W weekendy też jest nieźle, bo mały ruch na drodze. Ostatnio jak wracałam z centrum kierowca słuchał na cały regulator raczej jazgotliwej (um-caa-caa um-ca-ca) muzyki funky (w Polsce słuchałby disco polo) i niektórzy jadący akurat na plażę pasażerowie (a było ich w sumie z pięcioro) śpiewali refren. Było całkiem zabawnie. Niestety, kiedy wjechał na szanującą się Copacabanę, rozśpiewani pasażerowie wysiedli a kierowca wyciszył muzykę. Żeby w autobusie było jeszcze fajniej, można sobie kupić od obwoźnego sprzedawcy orzeszki czy czekoladkę ale to już raczej w godzinach szczytu. Oczywiście bilety na te wszystkie atrakcje są dużo tańsze, niż w wesołym miasteczku.

IMG_20151006_160526758

 

Pierwszym prawem ulicznej dżungli jest: „Nigdy nie wymuszać pierwszeństwa”. Kierowcy nie są przyzwyczajeni do takich dziwnych sytuacji. Nikt nie zwalnia przy pasach, nie wciska hamulca nawet, kiedy ktoś jest już na jezdni. Wiadomo, „ktoś” musi przyspieszyć, bo nadciąga godzilla. Z filmów wiadomo, że godzilla nie ustępuje nikomu mniejszemu! To my ustępujemy pierwszeństwa wszystkim nie-pieszym. Na skrzyżowaniu nigdy nie wiadomo kto jedzie prosto a kto skręca akurat tam, gdzie przechodzimy przez jezdnię, bo używanie kierunkowskazu nie jest tu powszechnym zwyczajem.

W Rio całkiem powszechne (choć nie aż tak jak w niektórych europejskich krajach) są rowery. Istnieje system wypożyczalni typu „veturilo” sponsorowany  przez bank Itau. Używam regularnie mimo mało rozbudowanej sieci ścieżek rowerowych. Najczęściej poruszam się jednak po oficjalnej ścieżce wzdłuż plaży. Normą jest, że kiedy pasażerowie wysiadają z autobusu, najpierw stają na wąskim pasie pmiędzy jezdnią a ścieżką, rozglądają się na boki czy nic nie najdeżdża i dopiero przechodzą na drugą stronę. Podobnie zanim zejdą z plażowej promenady. Rowerzysta musi jednak uważać na turystów, którzy nie znają lokalnych zwyczajów i zdaje im się, że jako słabsi mają pierwszeństwo. Otóż nic bardziej mylnego! Zdarza się, że pieszy nawet na chodniku przeprasza rowerzystę za tarasowanie mu przejazdu. Nie zdarza się, żeby pieszy wyzwał rowerzystę, czy rzucił mu jakiś zjadliwy komentarz, kiedy ten spokojnie jedzie chodnikiem. Pieszy jest w Brazylii bardzo skromnym i sympatycznym bytem.

Na jezdni to już zupełnie inny świat! Na zasadzie prawa dżungli rowerzysta jest robaczkiem i naprawdę lepiej, żeby nie wypuszczał się rowerem poza swój trawnik, czyli małe „osiedlowe” uliczki, bo może nie ujść z życiem. Wymalowana na jezdni ścieżka rowerowa (jeśli nie jest odgrodzona fizyczną barierą) też nic nie znaczy. A nieprzeniknione są zamysły kierowców. Większość ulic jest tu jednokierunkowa. Nic w tym dziwnego, że samochód z prawego pasa skręca w lewo, z lewego w prawo, bez użycia kierunkowskazu rzecz jasna. Autobus wyprzedza kogo się da albo nagle zjeżdża na przystanek wykonując gwałtowny manewr w prawo. Jak nie ma miejsca albo z jakiegoś powodu nie chce na przystanek zjechać, wcale się nie zatrzymuje na przystanku albo wysadza pasażera na środku jezdni. Jako rowerzysta bezpieczniej już jeździ się lewą stroną jezdni. Stłuczek prawie nie widać. Każdy spodziewa się wszystkiego po wszystkich i nie ogranicza do patrzenia w prawo.

Samochód potrafi strąbić pieszego na zielonym świetle, przejechać przez skrzyżowanie na czerwonym... Warto mieć oczy dookoła głowy. Policja często stoi na skrzyżowaniach ale nie jest od tego, żeby zajmować się kierowaniem ruchem. Nawet okiem nie mrugnie, kiedy przejdziemy na czerwonym świetle. Pojęcie „przekroczenia jezdni w niedozwolonym miejscu” chyba nie istnieje. Policja czeka na złodziei! Czasem tylko zdarza się, że zablokuje (parkując w poprzek samochód) pół jezdni, tworząc tym sposobem kilometrowy korek ale to tylko wtedy, kiedy szuka pijanych kierowców.

Pieszy z Polski powątpiewa w istnienie prawa dżungli aż do pierwszego samodzielnego przejścia przez jezdnię, choćby odbyło się na pasach przy zielonym świetle. Kiedy z kolei brazylijski pieszy przyjeżdża do Europy, nadziwić się nie może, jaka (w Polsce również) panuje kultura jazdy. Po prostu raj! Można spokojnie przejść na zielonym!

Szkoła po brazylijsku

samodziejnosc

Studiuję tak sobie nielegalnie, poszerzając ukradkiem znajomość portugalskiego i sekretnie rozgryzając niuanse brazylijskiej kultury.

Jako winna obecności na kursie przewodnika po Rio, zostałam wpisana do grupy na Whatsapp, gdzie mamy przesyłać sobie informację o potencjalnych zmianach w programie kursu, którego to jeszcze na oczy nie widziałam. 

Na kursie są prawie same kursantki, które uwielbiają rozmawiać o niczym albo potwierdzać na przykładach licznych życiowych doświadczeń wszelkie oczywiste oczywistości. Rozgryźliśmy już szczegóły tematu czym jest komunikacja i jak się komunikujemy. Czym są potrzeby fizjologiczne i przynależności. Zwłaszcza szeroko potraktowany został temat seksu- jako potrzeby fizjologicznej ale też i potrzeby wyższej. Rozmawialiśmy o konsekwencjach posiadania wysokiego/ niskiego ciśnienia krwi, dzięki czemu mogliśmy dogłębnie się poznać i dowiedzieć, co komu dolega i jak czyjaś mama (której najwyraźniej dolega wszystko ale zawsze szczęśliwie jej problemy zostają rozwiązane) wylądowała na ostrym dyżurze i co z tego wynikło. Dowiaduję się (na szczęście jedynie w ten sposób) jak w Brazylii funkcjonuje służba zdrowia i że celem podwyższenia sobie ciśnienia popularnie zażywa się tu... sól. Wygląda na to, że kurs przewodnika uratuje niejednemu jak nie życie to na pewno zdrowie.

Wszyscy udzielają się bardzo aktywnie, mają zdanie w każdej kwestii i pragną podzielić się własnymi przeżyciami. Najbardziej chyba podobały mi się zajęcia z moralności i etyki zawodowej i wywody jak to robi się od reguły wyjątki, bo kultura taka a nie inna. Wykładowca nie ma zbyt wiele czasu na przeprowadzenie zajęć, bo trudno spalić las rąk chętnych do zabrania głosu, żeby nie spalić siebie. Może za dużo nowej wiedzy przewodnickiej nie zdobywam ale czuję, że moja znajomość portugalskiego i brazylijskości wzrasta znacząco.

W szkole trochę brakuje organizacji, co w moim przypadku wychodzi całkiem na korzyść, bo dzięki temu mogę studiować- dokumenty, których nie mam aktualnie a być może nigdy nie będę miała, mogę dostarczyć na koniec kursu. I ta cała „nielegalna” działalność pozwala mi zalegalizować pobyt w Brazylii. Formalnie więc (i już legalnie choć bez kompletu dokumentów) będę studiować dopiero od listopada przez kolejnych 14 miesięcy. Nie ma sprawy z wystawieniem dokumentu. Ot, takie niuanse. Nie każdemu jednak taki bałagan odpowiada. O temacie sobotnich zajęć dowiadujemy się w piątek wieczorem a nierzadko program ulega zmianie już w sobotę. Niektórzy stracili cierpliwość i z kursu się wypisali. Dla wytrwałych zostało zorganizowane zebranie (dyrektor wysłał zastępcę w osobie lubianego wykładowcy od potrzeb fizjologicznych i reszty Piramidy Maslowa), na którym oprócz rzeczowych argumentów wylano wiadro pomyj na wykładowców, którzy akurat mnie odpowiadają (są rzeczowi ale może mniej sympatyczni i nie dają się niektórym wypowiedzieć na temat bolącego palca cioci Zosi). Wyszłam, bo głowa zaczęła mnie boleć od tego ukrywanego do tej pory pod maską uśmiechu jadu.

W grupie na Whatsappie jest 11 osób (własnie policzyłam ale z liczby napływających wiadomości myślałam, że więcej). Codziennie niemal każdy życzy sobie dobrego dnia a wieczorem nocy, wysyła jakieś piosenki, czy pieski z serduszkami (średnia wieku +40 lat), buziaczki, zdjęcia swoich zwierzątek, gołych bobasków itp. Kiedy ktoś mówi, że się z kursu wypisuje, najpierw wygłasza mowę pożegnalną (wszystko na piśmie a czasem w formie nagrania) jacy to bylismy wyjątkowi i że będzie tęsknić. Na te słowa napływają napływają smutne pieski, serduszka, płaczące buźki, całuski, słowa tęsknoty (może z 6 razy się wszyscy widzieliśmy), życzenia siły i wytrwałości w przetrwaniu życiowych burz. W nawale tych wieści może z raz albo dwa przyszedł konkret dotyczący kursu. Nie odsyłam całusków ani piesków czy kotków i nie sądzę, żeby ktokolwiek się tym szczególnie przejmował.

Swoją drogą, ciekawe, co wyniknie z dzisiejszego zebrania? Może program kursu po 3 miesiącach nauki w końcu dostaniemy?

Jak powiedzieć „nie” po brazylijsku

samodziejnosc

Najprościej na świecie! Powiedzieć „tak” wykazując przy tym wiele entuzjazmu i już się nigdy więcej nie odezwać. Wbrew pozorom to bardzo logiczne! Mówiąc „nie”, zostawiamy rozmówcę co najmniej rozczarowanego a jeśli bardzo mu zależy na naszej pozytwnej odpowiedzi będzie nalegał, prosił, pytał a czemu nie, a może jednak tak a o co chodzi i tak dalej. Jeśli co gorsza „petent” będzie nastawiony agresywnie, jeszcze zrzuci wszystko na narodową mentalność albo że coś z nami nie tak, trauma jakaś, problemy osobiste itd. Znajomy opowiada:

- Jak mieszkałem w Europie, spotykałem się z Niemką. Chciałem wieczorem zobaczyć się z nią na piwo a Ana mówi: „nie dzisiaj, jestem zmęczona”. Od razu zacząłem się zastanawiać, co się stało? Co zrobiłem nie tak? A może coś wcześniej powiedziałem? Od razu się zestresowałem i następnego dnia postanowiłem zapytać Anę o co chodzi? „Nic, po prostu byłam zmęczona, bo miałam ciężki dzień w pracy”- odpowiedziała. Ale w Brazylii po prostu nikt nie mówi „nie”.

Prostolinijność jest uznawana za arogację, brak sympatii a nawet agresję. Jeśli ktoś chce się z nami spotkać, umówić odpowiadamy po prostu: Jasne! Wspaniale! Cudownie! Zdzwonimy się później...

I wszyscy zadowoleni. Jak już się nigdy w życiu nie odezwiemy, probem z niechcianą znajomością zakończy się szybko, bo ile razy będzie się pytał „czy wszystko w porządku”? Raz? Dwa? No może trzy. Po pierwszym razie odpowiadamy, „jak najbardziej, wszystko rewelacyjnie. Właśnie wróciłam z... [tu wpisujemy jakieś miasto]” i nadal potwierdzając chęć spotkania milczymy. Niewykluczone, że odezwie się znowu. „Tak jestem zawalona pracą...”, potwierdzamy chęć spotkania i dalej nic. Jeśli nadal nie odpuszcza, w umówionym terminie akurat nie możemy... Taka szkoda... Teraz już powinno poskutkować.

Wyobraźmy sobie teraz przypadkowe spotkanie- niechciane oczywiście.

A ) Jeśli powiedzieliśmy „nie”, od razu było przykro i pozostawiliśmy niesmak u tej osoby. Przy spotkaniu będzie więc głupio, albo udamy, że się nie widzimy albo znajdziemy się w innej niezręcznej sytuacji..

B ) Jeśli powiedzieliśmy „tak” ale nasze spotkanie nie doszło nigdy do skutku z niby niewiadomych ale Brazylijczykom jednak wiadomych przyczyn, mamy kilka opcji:

- udajemy, że się nie widzimy

- „o! Jak dobrze Cię widzieć! Nareszcie się spotykamy!”

Zawsze też możemy zmienić zdanie i jednak zechcieć się z tą osobą na nowo zobaczyć. Po roku możemy więc bez problemu na nowo się odezwać, bo przecież cały ten czas wykazywaliśmy chęć spotkania ale jednak jakoś się nie udawało...

Nie palimy mostów, nie zamykamy drzwi (może niebieski motyl wleci?), jesteśmy na TAK!

Kiedy jest pod górkę

samodziejnosc

- Tutaj, 1,5 godziny jazdy od Bogoty możesz kupić ziemię. Kosztuje tyle i tyle za m2. Możesz otworzyć swój hotel, kafejkę czy co tam zechcesz- pisze mi Leo, mój kolumbijski znajomy.

- Wszystko pięknie, nawet mnie stać. Tylko chyba zapomniałeś, że istnieją granice, wizy i pozwolenia na pracę...

- Ale to jest Kolumbia, nie jest tak trudno, jak w innych krajach... – odpowiada Leo sam nie będąc emigrantem.

Może i „nie jestem Robinsonem Cruzoe na bezludnej wyspie tylko raczej Alicją w Krainie Czarów” jak pisze Leo ale kiedy pada deszcz wszystko wydaje się szare. A ja już trzy tygodnie nie widziałam słońca. Nawet do pisania ciężko mi usiąść. Nadszedł kryzys. A poza tym bardzo chcę zostac w Rio.

Postanowiłam zabrać się za zmianę wizy z turystycznej na studencką. Nie mogąc znaleźć informacji w internecie, zwróciłam się do polskiego Konsulatu w Kurytybie.

- To nie nasza sprawa. Niech się pani dowie u Policji Federalnej, która zajmuje się legalizacją pobytu obcokrajowców w Brazylii- taką z grubsza usłyszałam odpowiedź.

Kolejny dzień spędziłam na przegrzebywaniu stron www Policji Federalnej i brazylijskiego Ministerstwa Sprawiedliwości, do którego odsyła Policja Federalna. I jeszce paru forów. Nic na temat zmiany wizy z turystycznej na studencką nie ma. Najprawdopodobniej się nie da i będę musiała wyjechać z Brazylii i wjechać już z nową wizą w paszporcie...

Zdesperowana zadzwoniłam do brazyliskiego Konsulatu w Warszawie.

Tam uzyskałam już bardziej konkretne informacje. Niestety moje obawy potwierdziły się. Gorzej: okazało się, że chodzę do szkoły nielegalnie. A ostatnio nawet wyrobiłam sobie szkolną legitymację- oficjalne potwierdzenie mojej nielegalnej działalności. Podobno mogę nawet jako „stażystka” oprowadzać. Ale lepiej z okazywaniem legitymacji póki co się powstrzymam (może z wyjątkiem kina), bo raczej byłaby to działalność nielegalna już do kwadratu. Jeszcze parę dni temu płakać mi się chciało z niemocy (i z braku słońca) ale trochę mi przeszło jak już się dowiedziałam co robić...

Reasumując, muszę udać się do brazyliskiego konsulatu i załatwić sprawę zgodnie z procedurą danego konsulatu. A że konsulat w Polsce ma inne wymagania niż konsulat w Boliwii (chętnie wybrałabym się w okolice Santa Cruz), postanowiłam sprawę załatwić w Argentynie, gdzie wymaga się więcej papierów niż w Polsce ale mniej niż w Boliwii. Decyzję taką podjęłam, jak już spędziłam kolejny dzień w internecie na pogłębianiu swojej biurokratycznej wiedzy...

Teraz jedynie muszę wysłać przez kogoś dokumenty do Warszawy, poprosić kogoś w Warszawie, żeby wystąpił w moim imieniu o świadectwo niekaralności, zaniósł dokumenty do Konsulatu Brazylii w Warszawie do legalizacji, odebrał i przekazał komuś, kto mi je przywiezie do Brazylii. W międzyczasie muszę jeszcze załatwić ze szkołą, żeby wystawili mi dokument potwierdzający przyjęcie mnie do szkoły w przyszłości (bo w aktualności jest to nielegalne) a w ostateczności pewnie mogę się wypisac i zapisać na przyszły kurs. W Rio podam niezbędne dokumenty do tłumaczenia przysięgłego (tłumacz juz mi potwierdził, że jest i tłumaczy w 3 dni) i z listopadową grupą turystów polecę z papierami do Foz do Iguazu. Po wylocie grupy zostanę jeszcze kilka dni w Puerto Iguazu- po stronie argentyńskiej, gdzie mam nadzieję załatwić sprawę i wjechać do kraju już z moją nową wizą studencką. Ale w tym celu muszę jeszcze przedzwonic do Argentyny, żeby upewnić się, że ten Konsulat nadal istnieje, bo jego strona www- nie, ile czasu trwa procedura i czy wyciąg z karty kredytowej wystarczy jako dowód mojej wypłacalności na kolejny rok mojego pobytu w Brazylii (i czy też go przysięgle tłumaczyć). W Boliwii chcą jeszcze świadectwa urodzenia, dowodu posiadanego wykształcenia i biletu wyjazdowego z Brazylii... Teraz pozostaje jeszcze określić „ktosiów”, którzy będą mi chętni pomóc na każdym z etapów... Jutro spotykam się z zaprzyjaźnioną przewodniczką, która obsługuje sporo polskich grup i może akurat teraz? I ktoś weźmie ze sobą papiery do Polski? I jeszcze na kogo wystawić upoważnienie do załatwiania za mnie procedur w Warszawie?

Z tym wszystkim muszę zdążyć do końca listopada, bo potem będę już nielegalnie nawet jako turysta... No i jakie ja mam wyjście? Po prostu to musi się udać! Słońca!

deszcz

 

Co tu robić?

samodziejnosc

We wtorek po upalnym dniu, wieczorem zerwał się porywisty wiatr. Nie zraziło mnie to, żeby udać się piechotą (i rowerem) do metra. Szło się fantastycznie- wiatr dmuchał w plecy, ciężkie chmury wisiały nisko a gigantyczne fale rozbryzgiwały się na skałach u stóp Av. Niemeyer.

Kiedy doszłam do plaży, zaczęło trochę sypać piaskiem- zwłaszcza do nowych sandałków, które na próbę założyłam. Do oczu specjalnie nawet nie sypało, bo w oczach akurat miałam włosy, które wichura eksperymentalnie układała mi we wszystkich możliwych kierunkach.

Wszystkich ludzi i rowery o dziwo również wywiało, więc kontynuowałam wyprawę piechotą. Z wiatrem w plecy maszeruje się doskonale. Tak się rozkręciłam, że bezboleśnie przeszłam 6 kilometrów z piaskiem w nowych butach, co finalnie nie wpłynęło najkorzystniej na moje stopy. Cóż... przy takiej pogodzie i tak nieprędko założę na nowo odkryte buty...

Od początku września (czyli od kiedy wróciłam do Rio) zima chwyciła na całego i zanim za dwa tygodnie odda prymat wiośnie (taką mam nadzieję), postanowiła jeszcze pokazać, co potrafi.

Tymczasem, po (raczej sennym) pobycie w Bogocie na 2600 mnpm rozpiera mnie energia i zamiast spokojnie siedzieć i czytać albo pisać (co i tak czynię ale niespokojnie) albo spać (ile w końcu można?) coś bym zrobiła. Zwłaszcza, że jest długi weekend w związku z nadchodzącym Świętem Niepodległości.

- Co Carioca robi, kiedy jest tak zimno? (18 stopni)

- Uwielbiam, kiedy jest zimno! (18 stopni) – odpowiada Natalia

- Zobacz, nawet nikogo nie ma na ulicy!

- Korzystamy z tego, że można posiedzieć w domu, zostać w łóżku... Latem się nie da- jest tak gorąco!

Dobrze, że to tylko kilka dni. W Polsce musielibyśmy przespać minimum pół roku.

Jestem Bogiem?

samodziejnosc

Dla niektórych turystów najwyraźniej tak.

Niedawno wróciłam z dłuższej wyprawy gdzie doświadczyłam sporo inspiracji ale to już są tematy na osobnego, co najmniej, bloga. Poniżej próbka:

 

Wiadomo, że samolot nie doleci na wyznaczoną godzinę i najprawdopodobniej spóźnimy się na następny.

- Zdążymy na samolot?

- Nie wiem. Dowiemy się po przylocie.

- Ale zaczeka na nas?

- Nie wiadomo. Może tak, może nie.

- Myślałam, że skoro tak latasz masz już doświadczenie...

 

Wylot jest odroczony z powodu deszczu i nisko wiszących chmur, o czym poinformowałam grupę.

- To o której polecimy?

- Jak przestanie padać i chmury się podniosą.

- Czyli mniej więcej o której?

-?

- Myślałam, że skoro już tu bylaś masz już doświadczenie...

 

Odpowiadam na pytania o nazwy kolejnych palm i innych drzew, kwiatków, ryb żyjących w Amazonce, ptaków i wodospadów: kama, kawi, yuruani, kerepakupai meru... Nazw tych nikt nie zapisuje.

 

Ameryka Południowa. Powszechnie panująca mañana. Siedzimy z grupą przy stole i czekamy na zamówione śniadanie. Piękny widok na wodospady, godzina wyjazdu ustalona.

- O której wyjedziemy?- pani pyta wiedząc, że śniadanie trochę się przeciagnie. Na samolot się nie spieszymy.

- Po śniadaniu- odpowiadam zgodnie z dostępną mi wiedzą.

- Czyli o której?

- Powiem dokładnie jak już podadzą do stołu.

 P1160523

Czy to niektórzy mają obsesję na punkcie zegarka- nawet na wakacjach czy to ja aż nazbyt przystosowałam się do panujących tu warunków?

© Eksperyment, żeby po prostu popłynąć z nurtem.
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci